Whisky and Wine Place Logo
Zapraszamy do największego stacjonarnego sklepu z whisky w Polsce - kliknij!
Nasz dąb zdrowszy od marchewki
z dnia:2010-04-12
20 lat temu chodzili po wsi i kompletowali narzędzia. Dziś ręcznie robione dębowe beczki Zofii i Mariana Rzepeckich kupują najlepsze winnice europejskie.
Żeby dojechać do Rejowca Fabrycznego, trzeba zboczyć z trasy Lublin - Chełm. Przejeżdżając przez wieś Pawłów, można natknąć się na szyldy -muzeum garncarstwa i bednarstwa. To lokalna chluba i znak przeszłości.
Zaraz za Pawłowem jest właśnie Rejowiec Fabryczny.
Jedno z pierwszych gospodarstw to dobrze utrzymane, ale niewyróżniające się zabudowania. Tylko szyld informuje, że mieści się tu firma Pawłowianka. W szyldzie data - 1932 rok.
Właśnie od tego roku zaczęła działać w Pawłowie spółdzielnia bednarska. - To kontynuowanie pracy spółdzielni. Działała do 1989 r., pracowało tam 200 bednarzy. My przejęliśmy tę tradycję - mówi Marian Rzepecki, który razem z żoną w 1990 roku uruchamiał własną produkcję beczek. Chociaż w Pawłowiance robi się też maselnice, kufle, balie i właściwie wszystko, co może zostać wykonane z drewna, to prawdziwym biznesem są beczki.

Do whiskey musi być spalona

- Kiedy spółdzielnia upadła, postanowiliśmy robić beczki sami. Nikt mnie tego nie uczył. W tamtym zakładzie pracował mój dziadek i ojciec. Sam jako dzieciak biegałem po spółdzielni. Cała wieś z tego żyła - opowiada Marian Rzepecki z wykształcenia ekonomista. - Zresztą Pawłów to było specyficzne miejsce, gdzie chłop-robotnik robił rano kilka beczek w spółdzielni, a później orał pole.
Początki nie były łatwe. Pięć lat zajęło rozkręcanie firmy. Problemy były ze wszystkim. Cały majątek spółdzielni został sprzedany. Pod młotek poszły nawet specjalne bednarskie narzędzia. - Zbieraliśmy je, chodząc po domach. Od rolników kupowaliśmy nawet młotki.
Rzepecki pamięta, jak pokazywał swoje pierwsze wyroby. -To był jeden z krajowych festiwali wina. Wystawiliśmy tam beczki z dębu, który leżakował dwa lata. Obok nas przechodziła delegacja włoska. Jeden z Włochów poprosił o wyjęcie szpuntu. Włożył nos do beczki i powiedział, że to drewno musi jeszcze poleżeć półtora roku. Bo nie spełnia standardów.
Dziś firma takich problemów nie ma.
Do firmy Rzepeckich trafiają 150, 200-letnie dęby. Ścinane zimą, bo letnie mają za dużo soków. Później deski muszą leżakować na świeżym powietrzu - nawet trzy lata. Następnie drewno tnie się na klepki - deski, z których zrobiona jest beczka. - To bardzo trudna i precyzyjna robota. Klepki muszą być pocięte wzdłuż słoi. Każda klepka, zanim zrobi się z niej beczkę, musi 100 razy przejść przez ludzkie ręce. A i tak połowa drewna jest odrzucana - opowiada pan Marian.
Do beczek nie stosuje się kleju. Uszczelniane są liśćmi tataraku. Zbiera się je tylko w lipcu i sierpniu. I to nie wszystkie, trzeba wiedzieć, na jakiej wysokości je ściąć. Ale to tajemnica firmy.
Beczki w zależności od tego, co ma się w nich znajdować, muszą być wypalone albo gotowane. - Klient zamawia u nas beczkę pod konkretny trunek. Zazwyczaj winiarze określają nam temperaturę wypalania i barwę, jaką musi beczka uzyskać. Nawet do dwóch takich samych win klienci mają inne żądania. Bo ich trunki mają się od siebie różnić smakiem - mówi pani Zofia. - Wina mają być niepowtarzalne.
I tak do śliwowicy albo do miodów beczek nie wypala się wcale. Do win półwytrawnych i wytrawnych trzeba beczki trzymać w temperaturze około 200 stopni. A do whisky mają być niemal zwęglone.
- Moglibyśmy postawić tu suszarnię do drewna. Zamontować supernowoczesne maszyny. Ale po co? Wszystko straciłoby swój charakter, a dobry winiarz od razu pozna beczkę robioną ręcznie - mówi pan Marian.
Pawłowianka zatrudnia 13 osób. Dziennie robi 190 beczek. - Robimy wszystkie rozmiary, od litrowych po naszą rekordzistkę - 134 tys. litrów do octowni w Piotrkowie Trybunalskim - mówi pani Zofia. Zleceń jest tak dużo, że bywają miesiące, że firma odprawia nowych klientów z kwitkiem.

Naprawiamy też stare

Wciągu 20 lat Rzepeccy stali się jednym z liderów na polskim rynku i jednym z czołowych graczy w Europie. W kraju sprzedają głównie beczki do domów weselnych i restauracji. Pawłowianka jest też jedynym polskim producentem beczek z grzałkami do grzańców, które zamawiają głównie browary. Jesienią duże zamówienie złożyła Kompania Piwowarska.
Oprócz samej produkcji firma zajmuje się też naprawianiem starych, używanych beczek. Zależy na tym zwłaszcza winnicom, bo używana beczka nadaje lepszy smak winu.
Na czym polega naprawa? Ogląda się każdą klepkę. Sprawdza, czy jest uszkodzona, czy nie zgniła. O ile to możliwe, to ściera się wewnętrzną warstwę osadu, żeby dotrzeć do dębu.
- Najstarsza beczka, jaką remontowaliśmy, to 40 tys. litrów z octowni w Mszanie Dolnej. Powstała jeszcze w zaborze austriackim w 1830 roku. Piękna. Chylę czoła - mówi pan Marian. Pawłowianka zajmuje się też remontami olbrzymich kadzi na 50 tys. litrów, jakie stoją w gorzelniach i Polmosach.

Niemiec przestraszył się Czarnobyla

Zamówienia do Pawłowianki przychodzą z całej Europy. Ale winnice rzadko kontaktują się osobiście. Wynajmują pośredników, którzy badają rynek i wysyłają zapytania ofertowe o cenę i jakość.
Często chcą negocjować ceny, które w Pawłowiance - jak zapewniają właściciele - wysokie nie są. Za 225 litrów trzeba zapłacić około 400 euro.
Winiarze bardzo dokładnie sprawdzają Pawłowiankę. Kiedy Niemcy zamawiali beczki i usłyszeli, że firma mieści się pod granicą z Ukrainą, zażądali przebadania drewna dębowego. - Przestraszyli się Czarnobyla i chcieli sprawdzić, czy beczki nie są napromieniowane - uśmiecha się pani Zofia. - Wyniki pokazały, że nasz dąb jest zdrowszy niż marchewki używane do produkcji soków dla dzieci. Holendrzy, zanim złożyli zamówienie, chcieli zobaczyć produkcję. - A później Holender tylko wskazywał palcem i mówił: tych pięć, tych pięć, tych dziesięć - wspomina pan Marian.
Teraz beczek w Polsce szukają Hiszpanie i Portugalczycy. - Trzy lata temu mieli po blisko 30 firm robiących beczki. Teraz zostały im cztery. Nie mają z czego robić, bo zapasy dębu się kończą. Raz do Pawłowianki zgłosił się potężny inwestor. - Cztery lata temu było duże zainteresowanie wielkiego funduszu inwestycyjnego. Jednego z największych w Polsce. Przychodzili, robili analizę rynku. Ale chcieli kupić tylko znak - logo. Pod szyldem ręcznie robionych beczek chcieli robić masówkę. Na to nie mogliśmy się zgodzić - opowiada pani Zofia.

Źródło:  Mój Biznes, Sławomir Skomra


cofnij
Na naszej stronie stosujemy pliki cookies, które umożliwiają prawidłowe działanie portalu oraz dostosowanie treści do potrzeb użytkownika. W każdej chwili można zmienić ustawienia dotyczące cookies tak, aby nie były one zapisywane. Korzystanie ze strony bez zastosowania takich zmian, oznacza, że cookies zostaną zapisane. Dowiedz się więcej.

Zamknij powiadomienie
|Strona główna|Mapa strony|O stowarzyszeniu|Strefa dla Członków|Alkohole|Tytoń|Nowości|Zdjęcia|
|Forum|Księga gości|Linki|Szkolenia|Kontakt|Polityka Cookies|
|Degustacje whisky|Degustacje win|Degustacje cygar|Degustacje trunków polskich|